Aktualności

#aktualności #region #kibice

 27.06.2019

Legendy Zagłębia spotkały się z kibicami

Zanim wystartują rozgrywki Fortuna I ligi, w Sosnowcu zainaugurowano cykl spotkań z legendami Zagłębia. W klubowej restauracji 3Kolory kibice mogli porozmawiać z Władysławem Szaryńskim i Jerzym Pielokiem, a moderatorem eventu był Leszek Baczyński, prezes honorowy sosnowiczan.

- Jak w 1993 roku przyszedł syndyk masy upadłościowej to klub przestał istnieć. Na korytarzach wiatr hulał, pokoje były pootwierane, nie było nic zamknięte. Skradziono wiele cennych pucharów i pamiątek. Jeden z kibiców przyniósł później cenny puchar z 1955 roku za zdobycie pierwszego wicemistrzostwa Polski, który leżał w jego piwnicy. Takie to były czasy - snuje smutny wątek prezes Leszek Baczyński, a wspomniany puchar do tej pory znajduje się w bogatej kolekcji sukcesów Zagłębia. Kibice mogli go zresztą oglądać i fotografować się na jego tle. Mimo, że pokryty patyną czasu, ze zniszczoną częściowo zabytkową grawerką zrobioną przez PZPN, to jednak prezentował się okazale.

Szaryński i Pielok nie mieli udziału w zdobyciu wicemistrzostwa Polski w 1955 roku ("Szarika" jeszcze nie było na świecie), ale w późniejszych latach walnie przyczynili się do kolejnych sukcesów Zagłębia. Szaryński to rodowity szczecinianin, który za piłkarskim chlebem przywędrował na Śląsk, a potem do Sosnowca. Z kolei Pielok wywodzi się z Nikiszowca, historycznej dzielnicy Katowic i ma śląskie korzenie. - Całe życie związany byłem z Zagłębiem, ale to Ruch był pierwszy. Jeszcze będąc w szkole miałem się stawić na zgrupowaniu Niebieskich na Stadionie Śląskim, ale czarną wołgą przywieziono mnie do Sosnowca - śmieje się Pielok. - Ruch dawał mi garnitur, a Zagłębie oferowało lodówkę. Takie były proporcje finansowe. Wybrałem lodówkę - zaznacza ten silny fizycznie pomocnik, który z Zagłębiem 3-krotnie zdobywał wicemistrzostwo Polski. Mistrzostwa Polski jemu, ani też klubowi nie udało się nigdy zdobyć.

Pielok cieszył się swoistym Patronatem samego Kazimierza Górskiego, który stawiał na sosnowiczanina w kadrze młodzieżowej. Ale seniorskiej drużynie już nie. - Mogę tylko żałować, że nie trafiłem do pierwszej reprezentacji. Widocznie byli ode mnie lepsi. Ale byłem przynajmniej w drużynie olimpijskiej. Na zgrupowaniach dzieliłem pokój z Zygmuntem Maszczykiem, poza tym miałem przyjemność grać wspólnie z Włodkiem Lubańskim. Najbardziej zapamiętałem jednak Władka Stachurskiego, prawego obrońcę Legii i późniejszego trenera kadry. Na  obozach cały czas śpiewał o Felku Zdankiewiczu, że to chłopak morowy. Oj było nam wesoło w tamtych czasach - nuci słynną balladę Pielok.

Obaj panowie mieli spory udział w słynnym "Cudzie nad Brynicą", który zdarzył się w sezonie 1973/74. Po rundzie jesiennej Zagłębie miało na koncie tylko 6 punktów i 3 strzelone gole. Wiosną wzmocniony kadrowo zespół grał koncertowo i Zagłębie ostatecznie zajęło 11 miejsce.

Szaryński bardziej wspomina tzw. wkupne, niż rywalizację boiskową w tamtym sezonie. - Do Zagłębia przyszedłem w styczniu 1974 roku, odmawiając III-ligowemu wówczas Zagłębiu z Lubina, które oferowało o 250 procent większą pensję i dużego fiata. Wysłanników z Lubina nie wpuściłem jednak do mieszkania. W polskiej piłce modne było wkupne, więc zaprosiłem kolegów z nowej drużyny do jednej z sosnowieckich kawiarń. Na stołach butelki z wodą mineralną, ale w środku była wódka. Konspiracja bardzo się przydała, gdyż obok mieszkał nasz węgierski trener Nandor Banyai, który wszedł przypadkowo do kawiarni i bardzo się zdziwił. - Drużyna razem po treningu, mineralna na stole. Pochwalam to! - mówił do nas Węgier, który długo nie popracował w Sosnowcu   wspomina smakowite kąski popularny "Szarik".

LICZBA

392 - tyle łącznie meczów Jerzy Pielok i Władysław Szaryński zagrali w barwach Zagłębia.

Foto: Andrzej Wydrychiewicz