DO MECZU POZOSTAŁO:

DNI

GODZ

MIN

2026-03-15 17:00

<br />
<b>Warning</b>:  Illegal string offset 'alt' in <b>/home/virtualki/207183/wp-content/themes/zaglebie/header.php</b> on line <b>268</b><br />
h<br />
<b>Warning</b>:  Illegal string offset 'alt' in <b>/home/virtualki/207183/wp-content/themes/zaglebie/header.php</b> on line <b>270</b><br />
h<br />
<b>Warning</b>:  Illegal string offset 'alt' in <b>/home/virtualki/207183/wp-content/themes/zaglebie/header.php</b> on line <b>272</b><br />
h

Strona główna / Piłka Aktualności / Aktualności / Egzotyczne wyprawy piłkarzy Zagłębia. Najpierw były Chiny, potem Iran

Egzotyczne wyprawy piłkarzy Zagłębia. Najpierw były Chiny, potem Iran

18 grudnia 2025

W latach świetności piłkarze z Sosnowca wojażowali po świecie, wcielając się w rolę ambasadorów polskiego futbolu. Pod szyldem Stali odwiedzili Chiny, natomiast już jako Zagłębie zdobywali Iran, którego dopiero czekała rewolucja islamska…

65 lat temu piłkarze Stali (obecnie Zagłębie) zawitali do Państwo Środka. Przed świętami Bożego Narodzenia wojażowali po Chinach, mierząc swoje siły z tamtejszymi drużynami, które okazały się nad wyraz mocne.

– Byliśmy prekursorami piłki nożnej w Chinach – twierdzi po latach Zbigniew Myga, wówczas wschodząca gwiazda sosnowiczan, który z kolegami wrócił do kraju dopiero na Wigilię.

Pociąg czy samolot?
Zanim jednak sosnowiczanie zmierzyli się zupełnie obcą dla nich kulturą i całkiem odmienną piłką otwierających się na świat Chińczyków, czekała ich długa i pełna przygód podróż do Państwa Środka. Zaczęła się ona od kilkudniowej wyprawy pociągiem do Moskwy, skąd Stal wzięła podniebny kurs na Syberię. Nie wszyscy świadkowie tamtych fascynujących wydarzeń są zgodni co do tego, jakim środkiem lokomocji ekipa wyruszyła z Warszawy.

 Wydaje mi się, a nawet byłem przekonany, że już z Warszawy lecieliśmy samolotem. Tych przesiadek z samolotu na samolot było jednak tyle, że można się pogubić. Nie będę się jednak sprzeczał, czy to na pewno był samolot – zastanawia się Gaik, wówczas 18-letni skrzydłowy Stali, który był najmłodszym piłkarzem w 17-osobowej drużynie.

Ówczesna prasa odnotowała, że sosnowiecki zespół wyruszył do Moskwy pociągiem, nie dodając jednak, że przed granicą ze ZSRR trzeba było zmieniać rozstaw kół.

– Rzeczywiście, przypominam sobie, że w Medyce była zmiana podwozia, wiadomo tory w Związku Radzieckim były szersze. Z czymś takim spotkaliśmy się wówczas pierwszy raz. Dopiero w Moskwie mogliśmy wsiąść do samolotu –  z przekonaniem mówi nam Myga i dodaje: – To była podróż naszego życia, mogliśmy poznać zupełnie obcy dla nas kraj, a przede wszystkim nową kulturę. Ten wyjazd doszedł do skutku dzięki władzom partyjnym województwa katowickiego. Już wtedy pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach był Edward Gierek, który dbał o Sosnowiec, o nasz klub. Za zaproszeniem do Chin stał jednak konkretnie Główny Komitet Kultury Fizycznej. Oczywiście, Chińczycy byli także w Polsce z rewizytą – przypomina sobie Myga.

Międzylądowanie na Syberii
Wspomniany już Gaik, błyskotliwy skrzydłowy Stali, w trakcie swojej przygody z sosnowieckim klubem 2-krotnie zdobył Puchar Polski. Najwspanialszą przygodą w karierze był jednak dla niego wyjazd do Chin, który będzie wspominał do końca życia. Dla Gaika podróż do Azji to było niezwykłe przeżycie graniczące wręcz z bajką. Wyprawa do Pekinu, mimo że drużyna leciała tam samolotami, trwała w nieskończoność, a w przypadku Gaika i Pawła Jochemczyka doszedł jeszcze dodatkowy pobyt w Irkucku. Ale wszystko po kolei. Sosnowiczanie po męczącej podróży pociągiem z Warszawy do Moskwy nie mieli czasu na odpoczynek. W stolicy ZSRR wsiedli na lotnisku Szeremietiewo do TU-104, korzystając z gościny Aerofłotu. Pierwsze międzylądowanie mieli na Syberii, w Omsku, kolejne w Irkucku nad Bajkałem. Za każdym razem chodziło o tankowanie.

– W Irkucku pojawiły się problemy, dwóch zawodników musiało tam zostać na kilka dni, gdyż ich miejsca zajęli skośnoocy radzieccy działacze partyjni, którzy w ramach delegacji także lecieli do Pekinu – przypomina sobie Gaik. – Trafiło na najmłodszego i najstarszego gracza, czyli mnie i Pawła. Nie było losowania, po prostu kierownictwo ekipy podjęło taką decyzję. Ale wcale nie żałowaliśmy z Pawłem tego dodatkowego postoju, dostaliśmy bowiem hotel i samochód Wołgę do dyspozycji. Byliśmy na wycieczce nad jeziorem Bajkał i w cyrku. Tych atrakcji było znacznie więcej, więc nawet żałowaliśmy, że tak szybko upłynął nam czas. Zanim kolejnym samolotem dolecieliśmy do Pekinu, mieliśmy lądowanie na łąkach koło Ułan Bator, stolicy Mongolii. Myśleliśmy, że to już Pekin, a tu wokół samolotu pasące się kozy i pośród nich nasz samolot. Strasznie trzęsło przy lądowaniu na trawie, było trochę strachu, ale jakoś szczęśliwie pilot wylądował. Do Pekinu dolecieliśmy potem bezpiecznie, ale na wspomnienie tego lotu do Ułan Bator człowiek dostaje gęsiej skórki – uśmiecha się wychowanek Stali Sosnowiec, który na chińskiej ziemi nie tylko kopał piłkę, ale także poznał wiele atrakcji turystycznych tego wspaniałego kraju.

Ananasy pod choinkę

– W Pekinie byliśmy na placu Tiananmen, zwanym Placem Bramy Niebiańskiego Spokoju, gdzie wiele lat później doszło do masakry protestujących Chińczyków. Byliśmy także w Pałacu Cesarskim, teatrze chińskim. Byliśmy bardzo mile witani w każdym mieście, gdzie graliśmy mecze. Szkoda tylko, że nie udało się zwiedzić Wielkiego Muru – żałuje Andrzej Gaik, który mimo upływu lat nadal dość dobrze pamięta szczegóły chińskiej wyprawy.

W trakcie pobytu za Wielkim Murem sosnowiczanie pokonywali ogromne odległości, stykając się w trakcie podróży z różnymi strefami klimatycznymi. Na północy były mrozy prawie tak ostre jak na Syberii, z kolei na południowym wschodzie, w okolicach Kantonu rosły ananasy, panował klimat podobny do śródziemnomorskiego. Na taką amplitudę temperatur nie wszyscy byli odpowiednio przygotowani, przeziębienie czy grypa nie należały do rzadkości.

– Ananasy rosły na polu jak kapusta czy kalafiory. Z czymś takim nie zetknęliśmy się wcześniej. Ananasy niektórzy z nas zabrali do Polski, na święta. Trafiły pod choinkę – zdradza Gaik, który wspólnie z kolegami doczekał się medalu Mao Zedonga, komunistycznego przywódcy Chin.

W trakcie podróży pociągiem do Szanghaju sosnowiczanie musieli przeprawić się mostem przez Jangcy, najdłuższą rzekę w Chinach, trzecią na świecie. Po jej przekroczeniu pociąg zatrzymał się na stacji i wtedy pojawił się Chińczyk, który wręczył każdemu z nas medalik Mao Zedonga.

– To taka pamiątka, którą dostawało się za przekroczenie tej najważniejszej dla każdego Chińczyka rzeki. Myśmy przeprawili się przez most, natomiast zwykli mieszkańcy musieli płynąć małymi łódkami czy też większymi dżonkami, by znaleźć się na drugim brzegu. Widok setek łódek płynących po Jangcy był niezapomniany – z dreszczykiem emocji opowiada Gaik.

Zdążyli na wigilię..
Zawodnicy byli pod ogromnym wrażeniem Chin, mimo że pod względem rozwoju gospodarczego Kraj Środka mocno odstawał od Polski. – W tamtych latach nazywaliśmy Polskę Ameryką, byliśmy daleko przed Chinami – uważa Myga, który 6 lat później wybrał się z reprezentacją Polski do Izraela (to był jego jedyny występ w biało-czerwonej koszulce), gdzie również zetknął się z egzotyką Wschodu.

Pracowitość mieszkańców Chin, to kolejna rzecz, która zaskakiwała sosnowieckich graczy. Gdy zwiedzali oni większe miasta, podziwiali Chińczyków, którzy byli bardzo zdyscyplinowani przy wykonywaniu prostych prac, chociażby sprzątaniu ulic. To była praca zespołowa, podobnie było na boisku zaznaczają po latach piłkarze Stali. Po rozegraniu 7 spotkań towarzyskich, sosnowiczanie chcieli jak najszybciej wracać do rodzin, by zdążyć na Boże Narodzenie. Problemem, tak jak w pierwszą stronę, był samolot, którym nie wszyscy chcieli lecieć. Niektórzy, tak jak Marian Masłoń panicznie bali się latania, więc chcieli wracać koleją transsyberyjska. Ostatecznie wszyscy zgodzili się na samolot, jednak Tu-104 spóźniał się z przylotem do Pekinu. O perypetiach związanych z przesiadkami lotniczymi można by książkę napisać. W skrócie opisuje je Myga:

– W końcu udało nam się wystartować z Pekinu do Irkucka, gdzie było pierwsze tankowanie. Nocleg w Irkucku, a stamtąd polecieliśmy do Omska, gdzie przywitała nas ogromna śnieżyca. Czekaliśmy aż się skończy, by wieczorem odlecieć do Moskwy. Kolejne spóźnienie złapaliśmy nad lotniskiem Szeremietiewo, które nie przyjmowało samolotów ze względu na złe warunki pogodowe. Kołowaliśmy tak długo aż odleciał nam samolot do Warszawy. Rosjanie zaproponowali nam, byśmy skorzystali z enerdowskiej linii i wsiedli do IŁ-a 14, który miał nas zabrać do Polski. Ale Warszawa nie przyjęła nas z powodu śnieżycy i polecieliśmy do Wilna. A tam o mało nie skończyło się katastrofą, pilot rozpoczął lądowanie jeszcze przed pasem Ostatecznie wylądowaliśmy szczęśliwie i po nocy spędzonej w Wilnie polecieliśmy do Warszawy. Jaka była nasza ulga, gdy na Okęciu czekał na nas autobus, który zabrał nas do Sosnowca. Najbardziej ucieszyły się nasze rodziny, gdy zdążyliśmy na wigilię. Oj, było co opowiadać – zaznacza na koniec Myga.

Dwie wyprawy do Iranu i jeden puchar…
Na początku lat 70-tych Zagłębie dwukrotnie gościło w Iranie, uczestnicząc w Turnieju Przyjaźni. Za pierwszym razem sosnowiczanie wygrali imprezę, ale ważący 20 kg puchar z czystego srebra musieli zostawić w ambasadzie Polski w Teheranie… Zespół węgierskiego trenera Ferenca Farsanga do Iranu poleciał pod koniec wiosennych rozgrywek sezonu 1970/71. To nie były specjalnie udane rozgrywki dla Zagłębia, w lidze sosnowiczanie zajęli 7. miejsce, natomiast w Pucharze Polski doszli do finału, w którym ulegli Górnikowi Zabrze 1:3.

Puchar ostatecznie został w Teheranie
Wróćmy do nieco egzotycznej wyprawy do Iranu, który w tamtych czasach dopiero raczkował w światowej piłce. Na początku czerwca 1971 roku Zagłębie wystartowało w Turnieju Przyjaźni, który był rozgrywany w Teheranie – stolicy Iranu. W pierwszym meczu z reprezentacją Iranu padł bezbramkowy remis. Następnym przeciwnikiem była gruzińska drużyna Dynamo Tbilisi – 1:0 dla Zagłębia po golu Ambrożego. W trzecim spotkaniu było jeszcze lepiej – 3:1 z młodzieżówką Iranu (br. Jarosik 2 i Ambroży 1). W ostatniej grze z olimpijską reprezentacją Turcji wprawdzie przyszła porażka 0:1, ale wyniki innych spotkań sprawiły, że pierwsze miejsce przypadło Zagłębiu! W nagrodę nasza drużyna otrzymała okazały puchar z czystego srebra o wadze ponad 20 kg. Niestety, to przechodnie trofeum nie przyjechało do Sosnowca, lecz zostało na honorowym miejscu w ambasadzie Polski w Teheranie na turniej rozgrywany w następnej edycji…

Na zdjęciu: Zagłębie na Turnieju Przyjaźni w Teheranie (1971). Stoją od lewej: Jerzy Patoła, Roman Bazan, Józef Zawadzki, Jerzy Pielok, Jan Leszczyński, Zbigniew Seweryn, Eugeniusz Szmidt. W dolnym rzędzie: Józef Gałeczka, Andrzej Jarosik, Józef Kowalczyk, Wiesław Ambroży – fot. archiwum klubu.

Po raz drugi do Iranu…
W połowie lipca 1974 roku po raz drugi w swojej historii ekipa Zagłębia pojechała na Turniej Przyjaźni do Iranu. Tym razem wizyta w Teheranie nie była już tak udana jak trzy lata wcześniej, kiedy to sosnowiczanie wygrali tę imprezę. W eliminacjach osiągnięto następujące rezultaty: z Iranem (młodzieżówka) 0:1, z rumuńskim Steagul Rosu Brasov 1:1, z Tunezją 2:0. Dało to II miejsce w grupie i szanse na końcowe zwycięstwo. Jednak po przegranych w półfinale z I reprezentacją Iranu 1:3 (gol Kasperskiego) i meczu o III miejsce (0:0 po dogrywce, rzuty karne 3:4) ponownie ze Steagul z Rumunii. musiano zadowolić się tylko czwartą lokatą. Zwyciężył czechosłowacki FK Teplice.

Wspomniany sezon 1970/71, w trakcie którego zespół wygrał Turniej Przyjaźni w Teheranie, był ostatnim dla trzech długoletnich i podstawowych zawodników Zagłębia. Po 13 latach gry, do francuskiego drugoligowca US Dunkerque wyjechał Zbigniew Myga (w I lidze rozegrał 233 meczów i strzelił 39 goli, a w II lidze w roku 1959 – 21 meczów i 7 goli). Natomiast szeregi szkockiego Hamilton (też II liga) zasilili Witold Szyguła (prawie 10 lat w Sosnowcu – 187 ligowych gier) i Roman Strzałkowski (11 lat w Zagłębiu , 176 gier i 2 gole). Trzeba przyznać, że transferowy kierunek Szkocji był dla piłkarzy Zagłębia premierowy. Co ciekawe, za usługi piłkarskie Szkoci nie zapłacili polskiej stronie gotówką, lecz… sprzętem AGD – pralkami, lodówkami, czyli wtedy towarem w kraju deficytowym. Po prostu, prezes Szkotów prowadził interesy akurat w takiej branży. Zespół był jednak słaby i Polacy (trzecim był Alfred Olek z Górnika Zabrze) niewiele tam wskórali.

Uwaga: Tekst powstał na podstawie książki Jacka Skuty: „Zagłębie Sosnowiec. Historia Piłki Nożnej”.

Opracowanie graficzne zdjęć: Andrzej Wydrychiewicz

© ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC SA 2025 Wszystkie prawa zastrzeżone | Projekt & wykonanie Strony www Będzin