Strona główna / Piłka Aktualności / Aktualności / Władysław Szaryński: – W Iranie wykręcili nam niezły numer…

Władysław Szaryński: – W Iranie wykręcili nam niezły numer…

29 grudnia 2025

Przed nowym rokiem rozmawiamy z Władysławem Szaryńskim, jednym z liderów Zagłębia Sosnowiec lat 70-tych, który poprowadził drużynę w roli kapitana do dwóch Pucharów Polski. Popularny „Szarik” w tym szczególnym czasie wspomina świąteczne wyjazdy Zagłębie (najczęściej rodzinne), które integrowały mocno zespół.

Jak spędzaliście okres świąteczny w latach 70-tych, gdy Zagłębie było jednym z najmocniejszych klubów w polskim futbolu?
– Przypominam sobie taki wyjazd, który miał miejsce jeszcze przed świętami w trakcie sezonu 1978/79. To był wyjazd integracyjny do Zakopanego, a ja pojechałem tam z rodziną, a konkretnie z żoną i dziećmi. W podobnym składzie pojechali koledzy. Nie jechaliśmy tam autobusem klubowym, tak jak to jest teraz, ale zwykłym autobusem PKS z dworca w Katowicach, gdzie mieliśmy zbiórkę. Zamieszkaliśmy w jednej z dzielnic Zakopanego, dość daleko od centrum.

Żony i narzeczone piłkarzy się nie nudziły?
– Nie było nudy, bardzo często nasze partnerki robiły sobie wypady na Krupówki, czy też do innych miejsc, by zrobić okolicznościowe zakupy. Jednego razy to nawet wynajęły sobie góralskie sanie, by mogły poczuć świąteczną atmosferę Zakopanego.

A co z nartami, czy była okazja, by poszusować w Tatrach?
– Jak już rozmawiamy o nartach to ten wyjazd przydał mi się bardzo, bo przede mną był egzamin z narciarstwa na katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego. Ja na nartach nigdy wcześniej nie jeździłem, nie miałem zresztą okazji, bo w Szczecinie, gdzie zaczynałem poważne granie w piłkę to były tylko górki, ale dużych gór to już nie było. W Zakopanem nauczyłem się jeździć na dwóch deskach, dzięki pomocy instruktora. Uczyliśmy się na oślej łączce, najpierw zjeżdżałem z dolnej części górki, a jak nie upadłem to mogłem wyjść wyżej, by zjeżdżać z jej górnej części. I tak wyżej, i wyżej, az się nauczyłem. Oczywiście, musiałem wcześniej dostać zgodę trenera Gałeczki, na te narty. To nie było takie proste, bo piłkarze mieli najczęściej zakaz jazdy na nartach, by się nie połamali… Ta nauka w Zakopanem bardzo mi się przydała, bo później zdobyłem zaliczenie w trakcie egzaminu w Beskidach organizowanego przez AWF.

Przed Zagłębiem grał Pan w Górniku Zabrze z którym jeździł Pan w przerwie rozgrywkowej, szczególnie w zimie, do ciepłych krajów. A jak to było w trakcie występów w Zagłębiu?
– Z Górnikiem raczej jeździliśmy do ciepłych krajów grać mecze towarzyskie, niż odpoczywać. O ile pamiętam to byłem z Górnikiem na takich wojażach dwa razy, w drugim przypadku w Ameryce Południowej. W 1970 i 1973 roku. Scenariusz był taki, że lądowaliśmy w Nowym Jorku, a potem lecieliśmy dalej, do Ameryki Południowej.

W 1964 roku Zagłębie zdobyło Puchar Interligi Amerykańskiej i było bliskie sięgnięcia po Puchar Ameryki. Pan miał wówczas 17 lat i jeszcze nie myślał o tym, że zagra kiedyś w Sosnowcu. 10 lat później miał pan już przyjemność polecieć z kolegami z Zagłębia do Iranu, na tak zwany Turniej Przyjaźni.
– Zagłębie było w Iranie dwa razy i – za pierwszym razem – w 1971 roku, wygrało ten turniej. Ja wtedy grałem w Górniku, ale 3 lata później znowu klub dostał zaproszenie na Turniej Przyjaźni i poleciałem na niego z chłopakami z Zagłębia. To mogła być moja przygoda życia, ale zepsuli ją gospodarze i… sędzia. W półfinale graliśmy z pierwszą reprezentacją Iranu, która jest teraz silnym zespołem nie tylko w Azjii. Prowadziliśmy 1:0, ale później zaczęły się dziać cuda. Nad stadionem przeszła burza, była ogromna ulewa, a zegar przestał działać. Nie wiedzieliśmy w ogóle, ile jeszcze zostało do końca, a sędzia zaczął być stronniczy. W tej ulewie wpadkę zaliczył nasz bramkarz, były legionista Władek Grotyński, który przepuścił do siatki śliską piłkę. Normalnie, to by obronił taki strzał. Ostatecznie przegraliśmy 1:3 i nie awansowaliśmy do finału. Zajęliśmy 4. miejsce, chociaż uważaliśmy, że jakbyśmy weszli do finału to wygralibyśmy cały turniej. A co do sędziego, który faworyzował mocno gospodarzy to był nim słynny na cały świat Tofik Bachramow, sędzia liniowy finału mistrzostw świata w Anglii w 1966 r. To on zdecydował, że po strzale jednego z Anglików i odbiciu się piłki, najpierw od wewnętrznej strony poprzeczki, a potem jej upadku na linii bramkowej, był gol. Jak wykazały późniejsze badania obrazu telewizyjnego, piłka nie przekroczyła całym obwodem linii bramkowej Bachramow reprezentujący wówczas ZSRR zasygnalizował chorągiewką, że była bramka i Anglicy wyszli na 3:2, by ostatecznie wygrać 4:2 i zdobyć mistrzostwo świata. Nas ten sędzia również krzywdził, co zapamiętaliśmy na długie lata. Można powiedzieć, że wykręcił nam niezły numer…

Na koniec roku jest okazja, by podsumować jesienne występy pańskich następców w Betclic 2. lidze. To nie był dobry czas dla Zagłębia…
– Nie chodziłem jesienią na ArcelorMittal Park ze względów zdrowotnych. Trudno więc mi ocenić obiektywnie grę tych chłopaków. Na pewno sytuacja w tabeli jest trudna i trzeba będzie pomyśleć o tym, jak wzmocnić zespół, by nie było takiej huśtawki nastrojów, jak jesienią. Najpierw cztery zwycięstwa z rzędu, a potem głównie porażki. Jak się myśli o awansie to trzeba wygrywać, a najlepiej mieć serie zwycięstw. Inaczej się nie da.
A na koniec chciałbym złożyć kibicom Zagłębia najlepsze życzenia noworoczne. Życzę Wam dużo radości i zadowolenia z gry piłkarzy!

© ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC SA 2025 Wszystkie prawa zastrzeżone | Projekt & wykonanie Strony www Będzin