Przed piątkowym meczem Zagłębia z KKS 1925 Kalisz prezentujemy obszerny wywiad z Arturem Derbinem, trenerem naszych rywali, który w przeszłości z powodzeniem występował w koszulce Sosnowiczan, ponadto był szkoleniowcem naszej drużyny. Wspomniany wywiad będzie można również przeczytać w gazecie meczowej “Zagłębie Gol”, którą można nabyć w klubowym Fanstorze.

Na zdjęciu: Trener Artur Derbin po meczu Fortuna 1. Liga Zagłębie Sosnowiec – GKS Tychy (foto: Mateusz Sobczak)
Jesteś wychowankiem Zagłębia Sosnowiec, spędziłeś w tym klubie wiele lat i do dziś można Cię spotkać na meczach tej drużyny. Powrót na sosnowiecki stadion nadal wywołuje emocje?
– Gdybym powiedział, że nie, miałbym poczucie, że okłamuję sam siebie. Prawda jest taka, że nigdy nie ukrywałem, iż jestem kibicem Zagłębia Sosnowiec — czułem się tak zarówno jako piłkarz, jak i później jako trener. Biorąc to wszystko pod uwagę, serce na pewno bije mocniej.
A kiedy przyjeżdżasz do Sosnowca jako trener drużyny przeciwnej, te emocje są jeszcze intensywniejsze?
– To już nie pierwsza taka sytuacja. Przyjeżdżałem tutaj wcześniej z innymi drużynami, takimi jak GKS Bełchatów czy GKS Tychy. Teraz nadszedł czas na przyjazd z KKS Kalisz. Przyznaję jednak, że największe emocje towarzyszyły mi przy pierwszych takich wizytach, a dziś mam wrażenie, że te odczucia będą inne. Oczywiście wolałbym, żeby ten mecz odbywał się w innych okolicznościach i żeby oba kluby walczyły dziś o awans, a nie mierzyły się z obecną sytuacją. Mimo wszystko chcę jak najlepiej wywiązać się ze swojej roli. Wiem, że podobne zadanie stoi również przed Zagłębiem i prowadzącym drużynę Tomkiem Łuczywkiem. Z pewnością będzie to ciekawe spotkanie, bo każda ze stron będzie walczyć o korzystny wynik.
WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ I ODPOWIEDZIALNOŚĆ
Jak zaczęła się Twoja przygoda z piłką nożną?
– Bardzo dobrze wspominam swoje początki i lata młodzieńcze. Zaczynałem standardowo, jak wielu chłopaków w moim wieku — od grania na podwórku i „ogrywania się” z piłką. Następnie przyszedł czas na treningi w Zagłębiu Sosnowiec. Z pewnością powinienem wspomnieć o trenerach, których spotkałem wtedy na swojej drodze i od których wiele się nauczyłem. Szczególnie o śp. trenerze Janie Ząbczyńskim — był moim pierwszym szkoleniowcem, który ukształtował mnie nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. To było dla mnie bardzo wartościowe. Jako młody chłopak byłem urwisem i miałem typowo „zagórzański” charakter (śmiech), ale trener Ząbczyński potrafił do nas dotrzeć i dzięki niemu wyszliśmy na prostą.
Dobrze wspominam również trenera Jądra. Później, gdy przebiłem się do drużyny seniorskiej — choć w niższych ligach — byłem częścią zespołu, który awansował z piątej do drugiej ligi. Duży wpływ miał na mnie wtedy bez wątpienia trener Krzysztof Tochel, który nawiązywał świetne relacje z zawodnikami. Tamten okres był zresztą znakomity — słynne trio BAT, czyli Baczyński, Adamczyk i Tochel, stworzyło świetną ekipę. Niesamowite, że w jednym czasie spotkała się taka grupa ludzi. Razem udało nam się awansować aż trzy razy — to mówi samo za siebie.
Później przyszedł jednak przykry dla mnie moment. W jednym z meczów złamałem nogę i po długiej, żmudnej rehabilitacji klub zdecydował się ze mną rozstać. Tę decyzję musiał podjąć właśnie trener Tochel. Było mi wtedy niezwykle przykro, miałem poczucie żalu i nie mogłem się z tym pogodzić. Z perspektywy czasu to rozczarowanie minęło, a ja znalazłem swoją nową drogę — trenerską. Wierzę, że jest ona dla mnie właściwa, choć wiąże się zarówno z radością, jak i odpowiedzialnością.
Po zakończeniu kariery piłkarskiej dość szybko odnalazłeś się w roli trenera. Czy od razu wiedziałeś, że to będzie naturalna kontynuacja Twojej drogi?
– Zawsze chciałem pozostać przy piłce, nie wiedziałem jedynie, w jakiej roli. Kilku trenerów namawiało mnie na asystenturę, ale ostatecznie przekonał mnie do tego dopiero Mirek Kmieć i później wszystko potoczyło się już naturalnie. Rolę pierwszego trenera powierzył mi prezes Marcin Jaroszewski, choć w tamtym czasie dobrze czułem się jako asystent.
Z sentymentem wspominam tamten okres — świetnie pracowało mi się w sztabie z Tomkiem Łuczywkiem i Robertem Stankiem. Udało nam się wtedy wywalczyć awans do pierwszej ligi i dotrzeć do półfinału Pucharu Polski. Jestem bardzo wdzięczny zarówno losowi, jak i ludziom, których spotkałem na swojej drodze, że właśnie w taki sposób mogłem rozpocząć swoją trenerską karierę na szczeblu centralnym.
Oczywiście mój drugi pobyt w Zagłębiu był dla mnie sporym wyzwaniem, ale nie ma trenera, który przez całą karierę przechodzi „suchą stopą”, bez trudniejszych momentów, więc traktuję to jako cenną naukę.

Na zdjęciu: Trener Artur Derbin oraz Paulina Czarnota-Bojarska. Wywiad Polsat Sport przed meczem Fortuna 1. Liga Zagłębie Sosnowiec – Lechia Gdańsk (foto: Mateusz Sobczak)
Słyniesz z dużej dyscypliny – mówi się, że wstajesz o 5:55 rano i zwracasz dużą uwagę na dietę. Czy nadal utrzymujesz te nawyki i można powiedzieć, że jesteś perfekcjonistą w tym zakresie?
– Nie nazwałbym tego perfekcjonizmem, to po prostu mój styl życia. Niektóre rzeczy, o których mowa, są już nieaktualne — obecnie wstaję wcześniej, bliżej 5:00 rano (śmiech). Nie jestem też weganinem, tylko wegetarianinem. Cenię jednak taki sposób funkcjonowania, ponieważ bardzo ważna jest dla mnie higiena życia. Dbam o ciało i psychikę, dzięki czemu czuję się dobrze — zależy mi na dobrym samopoczuciu psychofizycznym, a samodyscyplina jest dla mnie istotna. Paradoksalnie ta samodyscyplina pomaga mi i w żaden sposób mnie nie ogranicza.
Kiedyś nie miałem takich wzorców, ale z biegiem lat, a także dzięki odpowiednim lekturom, uświadomiłem sobie, że pewne dawne nawyki z lat 90., jak choćby słynne piwo po treningu, które wtedy było bardzo promowane, nie są najlepszym wyborem (śmiech). Ważne jest, żeby wybierać to, co faktycznie służy, a mnie odpowiada właśnie mój obecny styl życia.
OCZEKUJĘ “ZDROWEJ SZATNI”
Jakie cechy charakteru powinien mieć idealny trener?
– To według mnie człowiek, który reprezentuje określone wartości. Najważniejsze jest dla mnie, by szanował drugiego człowieka. Powinien być przy tym szczery i uczciwy. Wskazana jest cierpliwość, chociaż wiem, że to trudne, bo specyfika polskiej piłki jest taka, że wyniki są potrzebne tu i teraz. Powinien też zaakceptować, że młodzi ludzie potrzebują więcej czasu na rozwój. Poza tym musi mieć świadomość, że również doświadczonemu zawodnikowi może zdarzyć się błąd. W takich sytuacjach potrzebne są zrozumienie i empatia.
Dobry trener powinien potrafić zarządzać grupą ludzi tak, żeby każdy czuł się dobrze i ważny — ja sam oczekuję „zdrowej szatni”. Aby to osiągnąć, trener musi być otwartym człowiekiem — nie może jedynie grać szefa, powinien pokazywać także swój ludzki wymiar.
W jaki sposób powinno budować się relacje w szatni?
– Głównie poprzez rozmowę — staram się wykorzystywać każdy moment. Okazją do jej przeprowadzenia może być nawet droga na trening. Uważam, że bardzo skuteczne są indywidualne spotkania, bo często wtedy zawodnik się otwiera i łatwiej mówi o swoich odczuciach.
Uważam też, że warto wiedzieć, co dzieje się w życiu prywatnym członka drużyny, bo zdarza się, że różne sytuacje z życia osobistego mogą go obciążać i tym samym wpływać na jego grę. Jako trener chciałbym, żeby piłkarz czuł się komfortowo. Kibice często nie zdają sobie sprawy z tego, że zawodnicy mierzą się z różnymi kryzysami i problemami.
Jestem daleki od tego, aby traktować piłkarzy jak „ludziki na PlayStation”. Chciałbym za to dać coś od siebie ludziom, bo na takich fundamentach buduje się zaufanie. Czasem żartuję w drużynie, że buduję coś, czego nie widać. Chciałbym, żeby w szatni panowała dobra energia — i to jest właśnie to coś, czego nie widać, a co jest tak ważne w szatni piłkarskiej.

Na co trener ma największy wpływ?
– Na pewno wiem, na co trener wpływu nie ma — na przeciwnika. Mamy natomiast pełną kontrolę nad tym, jak przygotowujemy się do rywalizacji oraz jak reagujemy na poszczególne sytuacje boiskowe. Regularnie przypominam o tym zawodnikom, bo to pozwala ograniczać momenty frustracji, które oczywiście i tak się zdarzają.
W takich kryzysowych sytuacjach trener powinien być jednak ostatnią osobą, która traci wiarę w drużynę. Wiadomo, że wyniki wpływają na atmosferę w zespole, ale żeby je osiągać, trzeba zadbać o to, by w szatni panowały zdrowe relacje, każdy znał swoje zadania i miał poczucie, że drużyna stanowi jedność. O to trener powinien dbać i na to zdecydowanie ma wpływ.
Czego można Ci życzyć?
– Przede wszystkim zdrowia, bo to jest dla mnie najważniejsze. Dzięki dobrej formie mogę wykonywać — moim zdaniem — najpiękniejszy zawód na świecie i czuć się spełnionym. Jestem z tego powodu bardzo wdzięczny losowi i życzę sobie, żebym mógł wykonywać ten zawód jak najdłużej. W pracy trenera jest wszystko, co przynosi mi satysfakcję: praca z ludźmi, możliwość przeżywania z nimi różnych emocji i budowanie relacji. Dlatego często nie nazywam tego, co robię, pracą.
Na zakończenie naszej rozmowy proszę jeszcze o kilka słów do kibiców, którzy z dużym zainteresowaniem obserwują Twoją pracę.
– Żałuję, że po moim odejściu z klubu nie miałem okazji odpowiednio pożegnać się z kibicami. Chciałbym więc skorzystać z tej okazji i szczerze podziękować, bo zawsze czułem z ich strony szacunek i ogromne wsparcie, szczególnie w trudnych momentach. Do dziś pamiętam transparenty z życzeniami powrotu do zdrowia i słowami wsparcia. Bardzo to doceniam, a poza tym wiem, jak silną grupą kibicowską dysponuje Zagłębie.
Trzymam za nich kciuki i chciałbym powiedzieć: do zobaczenia na szlaku. Na koniec dodam, że życzyłbym sobie, aby zarówno Zagłębie Sosnowiec, jak i KKS Kalisz zrealizowały swój cel i pozostały w lidze.
ROZMAWIAŁA: MAGDALENA BAŁAGA
Zagłębie S.A., plac Zagłębia 2
41-200 Sosnowiec
Tel. (32) 299-64-40 (Centrala)/ 733 800 090
E-mail: